Wszyscy chcą zostawić krzyż
Usunięcie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia będzie takim samym dramatem jak potwierdzenie się plotki o tym, że Jarosław Kaczyński usuwa się w cień. Sęk jednak w tym, że chodzi o dramat powszechny ponieważ krzyż obecnie służy dokładnie wszystkim od prawa do lewa. Jest niezawodny, łatwy w obsłudze, no i pozwala na to, o czym się marzyło, ale się dotąd nie mogło.
Od kogo by tu zacząć? O, dajmy na to… prezydent Bronisław Komorowski. Nie lubi pompy, blichtru, korzystać więc może z faktu, że mu ukrzyżowali wejście od przodu i przedostawać się do Pałacu w bardziej nieformalny sposób. Gdyby przejeżdżał koło „obrońców krzyża”, to nie mogliby już wyplatać andronów, że się ich boi, że czuje się nie u siebie, a przecież na tym zbudowana jest cała filozofia ignorowania faktu istnienia nowej głowy państwa. Z kolei gdyby nie było tam już krzyża, to „obrońcy” nie mogliby się, jak dotąd, wyróżniać wśród tysięcy polskich wykluczonych. Zabrano by im swoisty punkt zborny w najważniejszym miejscu stolicy.
Zniknięcie krzyża byłoby także prawdziwą tragedią dla PiS. Póki bowiem stoi, można oskarżać i prezydenta, i premiera, że chcą go zabrać, by zatrzeć pamięć o Lechu Kaczyńskim. Gdy krzyż przeniosą, emocje stopniowo opadną, i nie da się już dłużej zacierać pamięci o tym, że opozycja powinna mieć jakiś pomysł na państwo. Na wypadek, gdyby śledztwo smoleńskie dłużej potrwało i jednak czekając na jego wynik trzeba by było zainteresować się ojczyzną w sposób bardziej profesjonalny niż wytykanie rządowi opóźnienia w przygotowaniach do Euro 2012. Zwłaszcza, że przy braku „maskującego” symbolu na Krakowskim Przedmieściu sami rządzący zaczęliby bardziej się pilnować i nie poprzestaliby na wypowiedziach typu „podwyżką VAT kupujemy sobie czas…”.
Ale bez wątpienia prawdziwym wybawieniem krzyż stał się dla przeciwników instytucji kościoła katolickiego. Pamiętam czasy, jak budki na narzędzia nie można było otworzyć bez poświęcenia przez kapłana, a premiera widzieliśmy tylko wtedy gdy wywinął się gdzieś podczas telewizyjnej transmisji z obszernych szat obszernych hierarchów stojących na pierwszym planie. Od dawna jednak do ataków na kościół nie było wystarczająco wyrazistych pretekstów, aż tu nagle… krzyż! Rozbrykany, w neutralnej światopoglądowo przestrzeni! Ba, doklejony do siedziby prezydenta, który powinien być najważniejszym gwarantem tej neutralności. Smakowity kąsek! Nie można było przegapić.
Co na to sama instytucja kościoła? Krzyż, chciałoby się rzec, ją uskrzydlił! Zarówno w części toruńskiej jak i bardziej światłej. Jedni mówią, że kościół w opresji, bo krzyż w opresji, czyli to co zawsze napędza toruńskie klimaty, drudzy, że ten krzyż to nie kościół. Bo ani go nie stawiał, ani nie usunął, tylko chciał mediować, albowiem nie jest stroną. Wreszcie nie jest stroną! Czyli stał się bardziej neutralny niż jego wrogowie. Amen. Wygląda na to, że wszyscy są usatysfakcjonowani, a kłócą się tylko pro forma.






Wysyłam...








