Elektrownia sprytnie wpleciona
Zdecydowanie prostsze były konkluzje premiera Mazowieckiego tyczące się jego raczej nielicznych kontaktów z obywatelami wolnej Polski początku 90-tych lat. Skoro pokaźna część owych obywateli, zdaniem pana premiera, nie rozumiała rynkowych przemian, to nie było po co im czegokolwiek wyjaśniać. Zwłaszcza słabo nadającymi się do tego ustami rzecznik Niezabitowskiej.
Ale nie ma co wybrzydzać, bo za tą „prostotą absolutną” w kontaktach rząd-naród jeszcze zatęsknimy – obecna władza wpadła bowiem na pomysł, żeby nas za wszelką cenę wyedukować obywatelsko metodą niemalże podprogową, a równie idiotyczną co nauka angielskiego przez sen. Otóż według przebojowego projektu, który narodził się pewno w którymś z biur promocji w którymś z ministerstw – artystów szklanego ekranu zastąpi… elektrownia atomowa.
Elektrownia ma się pojawiać w serialach. Nie doczytałem się o jaki dokładnie wątek chodzi, tzn. heteroseksualny, homoseksualny lub rodzinny, czyli aseksualny, bo inne w polskich produkcjach dla elektrowni się nie nadają ze względu na swe śladowe występowanie.
Zapowiada się to wszystko wyśmienicie, bo jak wiadomo popularny serial bez elektrowni obejść się nie może, a jej atomowość tylko uwiarygodnia scenariusz. O prym w telewizyjnym tasiemcu mogą z nią powalczyć jedynie wały korbowe lub fabryka uchwytów wklęsłych! W równym stopniu co „atomówka” mają szanse stać się obiektem uwielbienia, bo właśnie o wzbudzenie huraganowej sympatii tu chodzi, jeśli komuś automatycznie tak porażające wytłumaczenie sensu rządowej idei do głowy nie przyszło.
A po co mamy aż tak elektrownie lubić? – zapytacie. A po to, że władza chce je bez przeszkód pobudować. Dlatego traktuje dorosłych obywateli jak niedorozwiniętych, którzy ważnej sprawy nie zrozumieją póki nie przełoży im się tego na język dziecięcych symboli bądź cacanych skojarzeń. Może niech elektrownia atomowa zagra Hankę z „M jak miłość”? A jeszcze lepiej Romana w „Na Wspólnej”? Litości!!!






Wysyłam...








